Ostatnio czytałam jak to Asia z bloga Green Canoe zaczęła wiosenne sianie przeróżnej "zieleniny" w celu jej późniejszego skonsumowania :) Postanowiłam zasiać co nieco i ja! Kupiłam sobie dwie skrzynki na parapet i trochę nasion.
A oto efekty, choć na te prawdziwe efekty trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.
Wiem, że prawdziwi ogrodnicy powiedzą że wszystko jest posiane zbyt gęsto, że nie powinno się pewnie sadzić niektórych ziół obok drugich, że każde wymaga innego podłoża, nasłonecznienia, wilgoci i nie wiadomo co tam jeszcze, ale co mi tam. Zobaczymy co z tego wyrośnie. Najwyżej w przyszłym roku coś pozmieniam.
Zasiałam bazylię, miętę, pietruszkę, koperek, majeranek, oregano, lubczyk, szałwię, tymianek i kolendrę.
sobota, 10 marca 2012
niedziela, 4 marca 2012
no i mamy wiosnę
Wraz z marcem przyszła wiosna. Słońce świeci coraz jaśniej, popołudniami nie jest już ciemno a dziś było bezchmurne niebo. Nawet jeśli zima nie da za wygraną tak łatwo, to i tak sądzę, że większość z nas już czuje powiew wiosny.
Coraz częściej szukam wiosennych inspiracji na różnych stronach. Wielkanoc planujemy spędzić u teściów, więc chciałabym wcześniej mieć choć namiastkę świątecznych dekoracji. Podobają mi się kolory pomarańczowe, zielone, żółte - chyba te dwa ostatnie najbardziej kojarzą się ze świętami.
Zrobiłam już kilka "chusteczkowych" pomponów. Inspirację zaczerpnęłam od Marthy Stewart - patrz tutaj. Póki co zawieszone są na kloszach od żyrandola, ale myślałam o powieszeniu ich na karniszach okiennych. W sumie to podobają mi się też tu gdzie są obecnie, więc decyzja o ostatecznej ich lokalizacji jeszcze nie zapadła. Ładnie się prezentują na środku pokoju, tylko jest jeden problem... wiszą dosyć nisko i nie da się przejść pod nimi - trzeba je okrążać. Zastanawiam się czy nie skrócić ich na długość, ale to chyba nic nie zmieni, a tak będą wyglądać ciekawiej. hmm... muszę jeszcze nad tym pomyśleć.
Coraz częściej szukam wiosennych inspiracji na różnych stronach. Wielkanoc planujemy spędzić u teściów, więc chciałabym wcześniej mieć choć namiastkę świątecznych dekoracji. Podobają mi się kolory pomarańczowe, zielone, żółte - chyba te dwa ostatnie najbardziej kojarzą się ze świętami.
Zrobiłam już kilka "chusteczkowych" pomponów. Inspirację zaczerpnęłam od Marthy Stewart - patrz tutaj. Póki co zawieszone są na kloszach od żyrandola, ale myślałam o powieszeniu ich na karniszach okiennych. W sumie to podobają mi się też tu gdzie są obecnie, więc decyzja o ostatecznej ich lokalizacji jeszcze nie zapadła. Ładnie się prezentują na środku pokoju, tylko jest jeden problem... wiszą dosyć nisko i nie da się przejść pod nimi - trzeba je okrążać. Zastanawiam się czy nie skrócić ich na długość, ale to chyba nic nie zmieni, a tak będą wyglądać ciekawiej. hmm... muszę jeszcze nad tym pomyśleć.
sobota, 25 lutego 2012
zaległości
Ostatnio tak jakoś nie mam czasu przysiąść i powklejać nieco zdjęć na blogu. Czasem gdy pamiętam, udaje mi się pstryknąć parę fotek a potem już nie mam siłyte dalej się nimi zajmować. Tym oto sposobem będzie dziś wiele zdjęć, które leżakowały w pamięci aparatu, czekając na właściwą chwilę żeby je upublicznić :)
Zacznę od "nowości" jeśli można to tak ująć. Bodajże w czwartek zrobiliśmy sobie dzień truskawkowego szaleństwa! Na śniadanie były kanapki z twarożkiem i musem truskawkowym a do nich oczywiście koktajl. Od razu uprzedzam, że tym razem (odnosząc się do walentynkowego postu) nie były to truskawki typowo "ozdobne", lecz mrożone więc miały swój odpowiedni smak, zapach i kolor :)
Zresztą sami zobaczcie...
W dalszej części truskawkowego dnia były również kluski z truskawkami (dla niuni wersja z mini kluseczkami w kształcie gwiazdek), a na koniec znowu koktajl, ale tym razem truskawkowo-bananowy, który zresztą wypiłam sama, bo mąż już się przesłodził od tych czerwonych pyszności-słodkości.
W tak zwanym między czasie, podziwiałyśmy z córusią fartuszek, który dostała od babci. Śliczny czerwony w białe groszki, wiązany z obu stron z boku ze "słodziakową" falbanką u dołu :)))
Natomiast dzień wcześniej, czyli w środę popielcową, mieliśmy naleśniki z serem. Zawsze wychodziły mi takie dosyć blade, choć próbowałam różnych sposobów (typu więcej jajek, dodatek rozpuszczonego masła do ciasta lub cukru). Nie wiem co się stało, ale tym razem wyszły super rumiane. Podejrzewam, że to chyba kwestia temperatury patelni. Naleśniki były z serem, a do niego dodałam cukier waniliowy, a przynajmniej ufam że tym razem jest to waniliowy a nie wanilinowy. Zresztą jakiś czas temu wręcz mną wstrząsnęło jak się dowiedziałam, że cukier który uważałam za waniliowy jest tak naprawdę samą chemią - waniliną i obok wanilii to to nawet nie leżało. Pamiętam, że przy pierwszej wizycie w markecie popędziłam do działu z artykułami do pieczenia i w popłochu błądziłam wzrokiem po półkach szukając cukru waniliowego jednocześnie załamując się widząc wszędzie tą wanilinę. Koniec końców poddałam się, a nawet zastanawiałam się nad zrobieniem domowym sposobem cukru waniliowego z laski wanilii, ale któregoś razu trafiłam na "cukier z prawdziwą wanilią". Nawet nie czytałam składu i w sumie to chyba wolę nie czytać, ale używam go i... żyję dalej :)
Mój drogi mąż postanowił któregoś dnia zaprosić kolegów do domu na piwo. Na dworzu zimno i plucha, więc w sumie czemu nie. Miało być tylko piwo, ale ja jak to ja nie mogłam się oprzeć. Jak tylko słyszę, że ktoś ma wpaść to w głowie mi świdruje nadmiar pomysłów. Jedynym ogranicznikiem jest w sumie czas i produkty posiadane w lodówce. Zrobiłam sałatkę jarzynową i z tuńczyka. Zaskoczenie było spore, bo nikt się nie spodziewał kolacji, lecz jedynie piwa. Na hasło... "przecież miało być tylko piwo..." odparłam, że to taka zagrycha do piwa. :)))
Aha... zapomniałabym jeszcze wtorkowy obiadek.. pulpeciki z sosem i ryżem a do nich surówka z białej kapusty z marchewką i cebulką :) mniam mniam
pozdrawiam!
Zacznę od "nowości" jeśli można to tak ująć. Bodajże w czwartek zrobiliśmy sobie dzień truskawkowego szaleństwa! Na śniadanie były kanapki z twarożkiem i musem truskawkowym a do nich oczywiście koktajl. Od razu uprzedzam, że tym razem (odnosząc się do walentynkowego postu) nie były to truskawki typowo "ozdobne", lecz mrożone więc miały swój odpowiedni smak, zapach i kolor :)
Zresztą sami zobaczcie...
W dalszej części truskawkowego dnia były również kluski z truskawkami (dla niuni wersja z mini kluseczkami w kształcie gwiazdek), a na koniec znowu koktajl, ale tym razem truskawkowo-bananowy, który zresztą wypiłam sama, bo mąż już się przesłodził od tych czerwonych pyszności-słodkości.
W tak zwanym między czasie, podziwiałyśmy z córusią fartuszek, który dostała od babci. Śliczny czerwony w białe groszki, wiązany z obu stron z boku ze "słodziakową" falbanką u dołu :)))
Natomiast dzień wcześniej, czyli w środę popielcową, mieliśmy naleśniki z serem. Zawsze wychodziły mi takie dosyć blade, choć próbowałam różnych sposobów (typu więcej jajek, dodatek rozpuszczonego masła do ciasta lub cukru). Nie wiem co się stało, ale tym razem wyszły super rumiane. Podejrzewam, że to chyba kwestia temperatury patelni. Naleśniki były z serem, a do niego dodałam cukier waniliowy, a przynajmniej ufam że tym razem jest to waniliowy a nie wanilinowy. Zresztą jakiś czas temu wręcz mną wstrząsnęło jak się dowiedziałam, że cukier który uważałam za waniliowy jest tak naprawdę samą chemią - waniliną i obok wanilii to to nawet nie leżało. Pamiętam, że przy pierwszej wizycie w markecie popędziłam do działu z artykułami do pieczenia i w popłochu błądziłam wzrokiem po półkach szukając cukru waniliowego jednocześnie załamując się widząc wszędzie tą wanilinę. Koniec końców poddałam się, a nawet zastanawiałam się nad zrobieniem domowym sposobem cukru waniliowego z laski wanilii, ale któregoś razu trafiłam na "cukier z prawdziwą wanilią". Nawet nie czytałam składu i w sumie to chyba wolę nie czytać, ale używam go i... żyję dalej :)
Mój drogi mąż postanowił któregoś dnia zaprosić kolegów do domu na piwo. Na dworzu zimno i plucha, więc w sumie czemu nie. Miało być tylko piwo, ale ja jak to ja nie mogłam się oprzeć. Jak tylko słyszę, że ktoś ma wpaść to w głowie mi świdruje nadmiar pomysłów. Jedynym ogranicznikiem jest w sumie czas i produkty posiadane w lodówce. Zrobiłam sałatkę jarzynową i z tuńczyka. Zaskoczenie było spore, bo nikt się nie spodziewał kolacji, lecz jedynie piwa. Na hasło... "przecież miało być tylko piwo..." odparłam, że to taka zagrycha do piwa. :)))
Aha... zapomniałabym jeszcze wtorkowy obiadek.. pulpeciki z sosem i ryżem a do nich surówka z białej kapusty z marchewką i cebulką :) mniam mniam
pozdrawiam!
wtorek, 14 lutego 2012
Walentynki 2012
Prawda jest taka, że właściwie nigdy jakoś specjalnie nie celebrowałam walentynek. Niby robiło się coś lub usprawiedliwiało się coś (czyt. słodycze) powiedzeniem, że to z okazji walentynek, ale nigdy chyba nie było tak żebym robiła coś specjalnie z tej okazji. W tym roku jestem jednak zaopatrzona w truskawki i maliny, więc żal by było ich nie wykorzystać. I tym sposobem zrobiłam truskawki w czekoladzie i maliny z czekoladą :)
Byliśmy wczoraj na spacerze (oczywiście nie-walentynkowym) i miałam wrażenie jakby to było już pożegnanie zimy. Nie zdążyłam się nią jakoś specjalnie nacieszyć a wszystko wskazuje na to, że już wkrótce zawita do nas Pani Wiosna :)) Cieszę się, że miną już te mroki a dzień będzie dłuższy. Też tak macie, że im bliżej wiosny tym bardziej chce wam się... chcieć? Chce się coś zrobić zarówno dla siebie jak i dla otoczenia. Może jakieś porządki, przemeblowanie itp. Czekam z niecierpliwością żeby się dowiedzieć co też mi do głowy tej wiosny wpadnie.
Pozdrawiam walentynkowo! :)
Byliśmy wczoraj na spacerze (oczywiście nie-walentynkowym) i miałam wrażenie jakby to było już pożegnanie zimy. Nie zdążyłam się nią jakoś specjalnie nacieszyć a wszystko wskazuje na to, że już wkrótce zawita do nas Pani Wiosna :)) Cieszę się, że miną już te mroki a dzień będzie dłuższy. Też tak macie, że im bliżej wiosny tym bardziej chce wam się... chcieć? Chce się coś zrobić zarówno dla siebie jak i dla otoczenia. Może jakieś porządki, przemeblowanie itp. Czekam z niecierpliwością żeby się dowiedzieć co też mi do głowy tej wiosny wpadnie.
Pozdrawiam walentynkowo! :)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
ciasto marchewkowe
Ostatnio jak byliśmy z mężem w galerii handlowej, to nabrałam ochoty na coś słodkiego. Podeszliśmy do jakiejś cukiernio-kawiarni, ale było tyle ludzi (weekend), że szybko zrezygnowaliśmy z pomysłu jedzenia tam. Spytałam się jednak męża na co by miał ochotę. Popatrzył przez szybkę lady, myśli, myśli... i w końcu odparł, że zjadł by ciasto marchewkowe. No to mu powiedziałam, że zrobię w domu.
Tym oto sposobem na naszym stole gościło wczoraj wieczorem ... przepyszne ciasto marchewkowe, zresztą jeszcze pół zostało :)
Wspaniałe, mięciutkie jak biszkopt, ale lekko wilgotne dzięki niewyczuwalnej w sumie w smaku marchewce. Na prawdę polecam.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam jakiejś porządnej masy na wierzch z serka. Z pośpiechu polałam ciasto białą czekoladą i posypałam skórką pomarańczową. Efekt jest zadowalający, ale nie powalający, bo czekolada jest zdecydowanie za słodka na tle samego ciasta i lekko "zabija" jego smak swoją słodyczą. Nie mniej jednak ciasto bardzo mi smakuje :))
Przepis zaczerpnięty z tej strony.
CIASTO MARCHEWKOWE:
- 350g startej drobno marchewki (w przepisie pisało że 5-7 marchewek, ale mi wyszło 2,5 dużych marchwi; tarłam na średnich oczkach)
- 3 jajka
- 3 dl cukru (ja mam akurat w domu miarkę w dl)
- 1,5 dl oleju (dałam słonecznikowy)
- 3,5 dl mąki pszennej
- 2 łyżeczki cynamonu
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Ubić jajka z cukrem. Dodać olej i marchew. Suche składniki wymieszać razem i dodać do mokrych. Wylać do natłuszczonej i obsypanej mąką formy (piekłam w tortownicy; następnym razem dno wyłożę papierem do pieczenia żeby było łatwiej). Piec 50 min. w 175 C.
Tym oto sposobem na naszym stole gościło wczoraj wieczorem ... przepyszne ciasto marchewkowe, zresztą jeszcze pół zostało :)
Wspaniałe, mięciutkie jak biszkopt, ale lekko wilgotne dzięki niewyczuwalnej w sumie w smaku marchewce. Na prawdę polecam.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam jakiejś porządnej masy na wierzch z serka. Z pośpiechu polałam ciasto białą czekoladą i posypałam skórką pomarańczową. Efekt jest zadowalający, ale nie powalający, bo czekolada jest zdecydowanie za słodka na tle samego ciasta i lekko "zabija" jego smak swoją słodyczą. Nie mniej jednak ciasto bardzo mi smakuje :))
Przepis zaczerpnięty z tej strony.
CIASTO MARCHEWKOWE:
- 350g startej drobno marchewki (w przepisie pisało że 5-7 marchewek, ale mi wyszło 2,5 dużych marchwi; tarłam na średnich oczkach)
- 3 jajka
- 3 dl cukru (ja mam akurat w domu miarkę w dl)
- 1,5 dl oleju (dałam słonecznikowy)
- 3,5 dl mąki pszennej
- 2 łyżeczki cynamonu
- 1 łyżeczka sody
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Ubić jajka z cukrem. Dodać olej i marchew. Suche składniki wymieszać razem i dodać do mokrych. Wylać do natłuszczonej i obsypanej mąką formy (piekłam w tortownicy; następnym razem dno wyłożę papierem do pieczenia żeby było łatwiej). Piec 50 min. w 175 C.
czwartek, 26 stycznia 2012
nic się nie dzieje
W zasadzie to... no nic się nie dzieje! Niby co ma się dziać, mógłby się ktoś spytać. A ja w odpowiedzi nawet nie wiedziałabym co powiedzieć. Mija dzień za dniem, ni to zima, ni to wiosna. Tak jakoś nijak.
A poprawę nastroju dziś mam racuchy z jabłkami :))
Kupiłam sobie też dwa wiklinowe koszyczki. Jeden, dosyć pokaźnych rozmiarów na razie służy jako zbieracz wszelkiej domowo-salonowej drobnicy (czyt. notesy i notesiki, długopisy, ołówki, chusteczki, kable itp.). Docelowo widzę w nim owoce czekające na jesienny przerób, czyli jabłka, gruszki, śliwki itp. więc jeszcze sobie trochę poleży i poczeka.
Mniejszy koszyczek znalazł miejsce w przedpokoju pod lustrem i służy do przechowywania kluczy, żeby nie trzeba było ganiać i szukać ich po całym mieszkaniu przed wyjściem z domu :)
A poprawę nastroju dziś mam racuchy z jabłkami :))
Kupiłam sobie też dwa wiklinowe koszyczki. Jeden, dosyć pokaźnych rozmiarów na razie służy jako zbieracz wszelkiej domowo-salonowej drobnicy (czyt. notesy i notesiki, długopisy, ołówki, chusteczki, kable itp.). Docelowo widzę w nim owoce czekające na jesienny przerób, czyli jabłka, gruszki, śliwki itp. więc jeszcze sobie trochę poleży i poczeka.
Mniejszy koszyczek znalazł miejsce w przedpokoju pod lustrem i służy do przechowywania kluczy, żeby nie trzeba było ganiać i szukać ich po całym mieszkaniu przed wyjściem z domu :)
sobota, 21 stycznia 2012
sowa
Zrobiłam! Nareszcie zrobiłam, choć efekt zapewne mało kogo zadowoli, ale najważniejsze że zadowala mnie i dziecko :) Sowa, zwierzę jak każde inne, w sumie ptak, który kojarzy się z lasem i nocą a dodatkowo mnie przywodzi na myśl jesień. Wiem, wiem... już dawno słuch zaginął po jesieni i jest zima, ale zima jaka jest każdy widzi, więc w sumie z sową to nie taki wcale zły pomysł. A tak na prawdę, to sowa marzyła mi się już od dłuższego czasu. Przyznam otwarcie, że jest to moje pierwsze dzieło, bo nigdy mnie do takowych nie ciągnęło. No ale jak tu się oprzeć tym wszystkim poczciwym i mądrym ptakom na innych blogach. Chciałam mieć swoją - no to mam. Niektórzy może uznają, że wygląda mało atrakcyjnie a może i nawet niechlujnie, ale mnie się właśnie taka podoba. Na swoje usprawiedliwienie dodam tylko, że wszystko robiłam ręcznie, bo niestety nie mam maszyny do szycia. Jesienią widziałam taką fajną, malutką (podręczną), ale ostatecznie sugerując się głosem najbliższych, nie kupiłam jej - teraz żałuję, ale co tam, pewnie jeszcze jakaś się trafi.
Mam głęboką nadzieję, że to nie będzie moje pierwsze i ostatnie działo. Podobają mi się takie skandynawskie skrzaty i króliki z długaśnymi uszami, które można upierać w przeróżne ciuszki :) Poczekamy, zobaczymy.
A przedwczoraj nagotowałam gar barszczu ukraińskiego i łudziłam się że starczy na jakiś czas, a tu przetrwał zaledwie półtorej dnia :)
Mam głęboką nadzieję, że to nie będzie moje pierwsze i ostatnie działo. Podobają mi się takie skandynawskie skrzaty i króliki z długaśnymi uszami, które można upierać w przeróżne ciuszki :) Poczekamy, zobaczymy.
A przedwczoraj nagotowałam gar barszczu ukraińskiego i łudziłam się że starczy na jakiś czas, a tu przetrwał zaledwie półtorej dnia :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































